Zaznacz interesujące fragmenty. Na końcu możesz przesłać je autorowi.

PROJEKTOWANI

Część I. Czysta tablica

Rozdziały 1–3

Rozdział 1

Huk talerzy

Jak odzyskać siebie, zanim emocje wydadzą wyrok

Cisza po huku

— Mogłeś chociaż napisać.

— A ty mogłaś nie robić przesłuchania.

Od tego się zaczęło. Andrzej wrócił później, niż zapowiadał. Magda przez czterdzieści minut patrzyła na telefon i układała w głowie coraz gorsze scenariusze. Kiedy drzwi wreszcie się otworzyły, ulga trwała może trzy sekundy. Zaraz potem uderzyła w nią fala złości.

— Martwiłam się.

— Czyli znowu mi nie ufasz.

— Zawsze wszystko obracasz przeciwko mnie.

— A ty zawsze robisz z niczego aferę.

Po chwili nie chodziło już o spóźnienie. Na stół trafiły stare pretensje, dawne obietnice, niewysłane wiadomości i dwa znane nam grzechy główne: „zawsze” oraz „nigdy”. Jedno zdanie przywoływało kolejne. Głos stawał się coraz ostrzejszy. Słowa coraz mniej precyzyjne.

Andrzej gwałtownie odsunął krzesło. Łokieć zahaczył o talerz i kubek.

Huk.

Ceramika rozpadła się na kilka kawałków. Rozmowa urwała się w pół zdania. Zapadła cisza, która przez moment powiedziała więcej niż cała wcześniejsza awantura.

Nikt nie wygrał.

Magda nadal czuła się lekceważona, Andrzej — kontrolowany. Na podłodze leżał rozbity talerz i kubek, ale pęknięcie pojawiło się wcześniej: w chwili, gdy Magda i Andrzej przestali słyszeć słowa i zaczęli słyszeć oskarżenia układane przez ich własny umysł. To właśnie będzie tematem tego rozdziału.

Emocje wraz z intelektem współtworzą sposób, w jaki widzimy sytuację. Świadomość tego faktu nie daje nam pełnej władzy nad uczuciami. Otwiera jednak niewielką przestrzeń między tym, co czuję, a tym, co dopiero zrobię. W tej przestrzeni zaczyna się moja wolność.

Świat nie przychodzi do nas w stanie surowym

Czasem lubię wyobrażać sobie, że moje oczy i uszy działają jak kamery. Coś się wydarza, ja to rejestruję, a następnie formułuję spokojny, wyważony i w stu procentach obiektywny osąd. Tyle że umysł nie jest nieczułym na obraz monitoringiem sklepowym.

David Robson, pisarz naukowy specjalizujący się w psychologii i neuronauce omawiając współczesne modele odbioru otaczającej nas rzeczywistości, porównuje ludzki mózg do „maszyny przewidującej”. Docierające do niego sygnały bywają niepełne, niejednoznaczne i dość chaotyczne. Umysł błyskawicznie porządkuje je dzięki wcześniejszym doświadczeniom, oczekiwaniom oraz temu, czego już kiedyś się nauczył. Robson odwołuje się przy tym do dziewiętnastowiecznego fizjologa i fizyka Hermanna von Helmholtza, który pisał o nieświadomym wnioskowaniu obecnym w procesie widzenia.1

To bardzo istotne dla nas rozróżnienie. Z tego nie wynika, że wymyślamy cały świat, bo rzeczywistość przecież istnieje niezależnie od naszych uczuć, podobnie jak fakty — choćby talerz i kubek, które naprawdę spadły na podłogę. Obserwacje wyżej wymienionych naukowców i nie tylko tych, prowadzą nas do wniosku, że pomiędzy wydarzeniem a naszym świadomym sądem odbywa się mnóstwo niesamowicie szybkiej pracy interpretacyjnej.

Ktoś nie odpisał przez trzy godziny.

To fakt.

„Ignoruje mnie”.

To już interpretacja.

„Nie jestem dla niego ważna”.

To dalsza część opowieści.

„Pokażę mu, że mi też nie zależy”.

To plan działania zbudowany na interpretacji, której jeszcze nie sprawdziliśmy.

Tak właśnie zadziałał filtr poznawczy u Magdy. Złożyły się na niego pamięć, wcześniejsze zranienia, wyobrażenia o Andrzeju, aktualny nastrój, lęki, oraz oczekiwania. Filtr nie jest brudną szybą, którą można raz na zawsze umyć. Bardziej przypomina tłumacza języków, gadget, który w centrum Pekinu pozwala nam rozumieć otaczający świat.

Dlatego roboczy tytuł tej części książki brzmi — Czysta tablica. Oznacza to gotowość, by spojrzeć na to, co już na niej zapisano. Niektóre zdania pozostawimy. Inne poprawimy. Jeszcze inne okażą się cudzymi zapiskami, które od lat braliśmy za swoje. Pierwszym krokiem ku naszej wolności jest świadomość samej tablicy.

Emocja mówi prawdę o mnie, ale nie zawsze o świecie

Daniel Kahneman – amerykański psycholog i laureat Narody Nobla - opisał dwa sposoby działania naszego umysłu. „System 1” działa szybko, automatycznie i bez większego wysiłku. „System 2” uruchamia uwagę, namysł i bardziej uporządkowane rozumowanie. Sam Kahneman wyraźnie zastrzega, że opisane dwa systemy są jednym Systemem uruchamianym przez jeden i ten sam mózg. To bardzo użyteczne postaci pomagające nam opisać różne tryby myślenia.2

System 1 natychmiast wychwytuje irytację w czyimś głosie i rozpoznaje napiętą twarz. Potem dopowiada intencję i przygotowuje reakcję.

System 2 mógłby zapytać:

Czy dobrze zrozumiałam Andrzeja?
Co dokładnie on powiedział?
Jakie inne wyjaśnienie jest możliwe?
Czy moja reakcja prowadzi mnie tam, dokąd naprawdę chcę dojść?

Problem pojawia się wtedy, gdy to pierwsze, błyskawiczne rozpoznanie zostaje uznane za nieomylny wyrok.

Do naszej plejady znanych naukowców psychologów przywołajmy jeszcze jednego Daniela, tym razem Goleman’a znanego z tego, że spopularyzował pojęcie „porwania emocjonalnego”. Opisywał nim sytuację, w której gwałtowna reakcja emocjonalna przejmuje ster nad zachowaniem, zanim spokojniejsza refleksja zdąży ocenić wydarzenie. Goleman podkreślał też, że emocjonalny sposób odbioru rzeczywistość nas otaczającej bardzo szybko staje się kategoryczny. Wtedy łatwo pojawiają się takie słowa jak: „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy” i „nikt”. Uczucia zaczynają same dostarczać sobie dowodów.3

Jeśli czuję się odrzucony, neutralne milczenie będące wynikiem tego, że ktoś myśli co powiedzieć, może wyglądać jak pogarda. Jeśli obawiam się ośmieszenia, zwykłe pytanie: „czy dobrze rozumiem, że boisz się myszy?” może zabrzmieć jak kpina. Jeżeli przez lata słyszałem, że jestem nieodpowiedzialny, uwaga o jednym niewykonanym zadaniu sprzed dwóch miesięcy, może uruchomić obronę całej mojej wartości.

Emocja jest prawdziwa — czuję ją naprawdę i nie powinienem jej wyśmiewać ani udawać, że jej po prostu nie ma. Z jej realności nie wynika jednak automatycznie prawdziwość każdego sądu, który pojawił się razem z nią. Na przykład:

„Czuję się lekceważona” - opisuje doświadczenie Magdy.
„Ty mnie lekceważysz” - jest już twierdzeniem o intencji Andrzeja.

Pomiędzy tymi zdaniami mieści się ogromna różnica. Pierwsze można przyjąć bez dyskusji; drugie jednak wymaga sprawdzenia.

Emocje są częścią mnie

Nie chcę prowadzić tej książki w stronę marzenia o super człowieku, który osiągnął pełną kontrolę nad sobą. Wystarczyłoby wtedy przeczytać kilka poradników, wykonać trzy ćwiczenia oddechowo-medytacyjne i od tego momentu reagować jak pogodny mistrz zen, nawet wtedy gdy ktoś skasował mu pół pracy magisterskiej albo zarysował samochód.

Tak to nie działa. Emocje nie są chorobą, która wtargnęła do mojego wnętrza; to nadal jestem ja — moja złość, mój lęk, wstyd, radość i wzruszenie. Mogę uczyć się ich języka, rozpoznawać źródła i starać się wpływać na ich przebieg, ale nie potrafię po prostu nacisnąć przycisku „wyłącz”.

Bardzo spodobało mi się kiedyś przeczytane w książce Marka Dziewieckiego – doktora psychologii i księdza katolickiego – porównanie do radia, czy raczej stacji radiowej, która ciągle nadaje i nic nie pomoże kiedy radio wyłączymy lub rzucimy w nie kamieniem. Stacja nadal będzie nadawać teksty, czy nam się podoba, czy nie.

Wolę jednak mówić o możliwości regulowania moich emocji niż o sprawowaniu nad nimi absolutnej władzy.

Poznajmy zdanie jeszcze jednego psychologa: James’a Gross’a, który definiuje regulację emocji jako wielość procesów, dzięki którym wpływamy na to, jakie emocje się w nas pojawiają, gdy się pojawiają oraz jak je doświadczamy i wyrażamy. Według niego pojawia się możliwość działania w kilku miejscach: przy wyborze sytuacji, jej modyfikowaniu, kierowaniu uwagą, zmianie interpretacji oraz wpływaniu na gotową już reakcję.4

W praktyce oznacza to, że regulacja zaczyna się długo przed krzykiem. Jeśli Andrzej wie, że ważne rozmowy prowadzone o pierwszej w nocy kończą się źle, może próbować wybrać inną dla nich porę. Albo, jeżeli rozmowa odbywa się w obecności osób, przed którymi ani Andrzej, ani Magda nie chcą stracić twarzy, można zmienić miejsce.

Kiedy czuję, że moją uwagę całkowicie pochłania prowokacyjne zdanie Andrzeja, mogę wrócić do zasadniczego problemu – mojego niepokoju. Gdy w głowie pojawia się interpretacja: „on robi to specjalnie”, mogę dopuścić drugą możliwość: „może nie rozumie, jaki to ma na mnie wpływ”. Kiedy pobudzenie jest już wysokie, pozostaje przerwa, cisza, obniżenie tonu głosu i uspokojenie ciała.

To nie jest magia. Czasem zadziała częściowo. Czasem zorientujemy się za późno. Zdarzy się również, że pomimo pełnej świadomości powiemy coś, czego za chwilę będziemy żałować.

Świadomość daje szansę. Nie daje immunitetu do bezwzględnego zarządzania swoimi emocjami.

Dlaczego worek bokserski bywa kiepskim doradcą

Jednym z najtrwalszych przekonań na temat złości jest wiara w katharsis. Gniew miałby gromadzić się w człowieku jak para w zamkniętym kotle. Trzeba więc ją wypuścić: krzyknąć, uderzyć w poduszkę, rozwalić coś niepotrzebnego, „wyrzucić z siebie emocje”. Brzmi przekonująco, bywa też przyjemne. Problem w tym, że badania nie potwierdzają prostego modelu spuszczania emocjonalnej pary.

Kilka lat temu Sophie Kjærvik i Brad Bushman przeanalizowali wyniki 154 badań obejmujących ponad dziesięć tysięcy uczestników, głównie studentów z amerykańskich uczelni. Doszli oni do takich wniosków: aktywności zmniejszające pobudzenie — między innymi relaksacja, spokojne ćwiczenia oddechowe, medytacja czy uważność — obniżały poziom gniewu i agresji. Natomiast aktywności zwiększające pobudzenie – kickboxing, boks, krzyk, strzelanie itp. - nie przynosiły takiego efektu w skali całej analizy.

Autorzy podkreślili zarazem, że wpływ wysiłku fizycznego zależy od jego rodzaju i co równie ważne, jak nie najważniejsze: od kontekstu. Regularny ruch pozostaje dobry dla zdrowia – z tym wszyscy chyba się zgadzamy; czym innym jest intensywny wysiłek wykonywany po to, by „wyładować” gniew.5

Wcześniejsze badanie Brad’a Bushman’a pokazało wspomniany wyżej problem wyjątkowo obrazowo: rozgniewani uczestnicy uderzali w worek bokserski, strzelali lub wykonywali inne agresywne aktywności, a część z nich miała przy tym myśleć o osobie, która ich niedawno sprowokowała lub wyprowadziła z równowagi. Po ćwiczeniu właśnie ta grupa odczuwała najwięcej gniewu i zachowywała się najbardziej agresywnie. Lepiej natomiast wypadli uczestnicy, którzy po prowokacji po prostu przez chwilę siedzieli, niż ci, którzy „wyrzucali z siebie” złość.6

Podczas agresywnego „wyładowywania emocji” można więc przez kilka minut odczuwać ulgę, a równocześnie wzmacniać sposób reagowania, który później przyniesie szkody. To trochę przykre odkrycie — worek bokserski wygląda przecież na takiego, który nikomu nie doniesie co krzyczeliśmy lub mieliśmy w głowie podczas wymierzania mu razów.

Wniosek nie brzmi: siedź nieruchomo i duś wszystko w sobie. Tłumienie emocji również może mieć koszty. Chodzi o różnicę między trzema działaniami:

  • • rozpoznaniem emocji;

  • • obniżeniem pobudzenia;

  • • ćwiczeniem agresywnej reakcji.

Pierwsze dwa mogą pomóc. Trzecie często dolewa paliwa do już zaognionych relacji.

Wejdź na galerię

W naszych rozważaniach nie może zabraknąć też tak sławnej postaci jak William Ury, naukowo oraz literacko zajmujący się negocjacjami i konfliktami. Dzięki lekturze jego książek przypominam sobie sceny z minionych lat pracy jako negocjator. Jedna z nich szczególnie do mnie przemawia. Wyobraź sobie rozmowę odbywającą się w salonie nowo wybudowanego domu. Jesteś ty, Inwestorzy oraz najęci przez nich prawnicy i inspektorzy budowlani. Wszystkie oczy są zwrócone na ciebie, jako przedstawiciela firmy deweloperskiej. Słyszysz zarzut, czujesz nacisk, zebrani patrzą na ciebie, a wszystko w tobie chce natychmiast odpowiedzieć. Ury radzi wtedy „wejść na galerię”.7

Nie chodzi o fizyczną ucieczkę ani o przybranie miny człowieka, którego nic nie obchodzi. Galeria jest miejscem wewnętrznego dystansu. Z niej można zobaczyć całą scenę: siebie, inne osoby, przedmiot sporu i możliwe skutki następnego zdania.

Na scenie: Muszę im teraz odpowiedzieć.
Na galerii: Co chcę osiągnąć po zakończeniu tej rozmowy?

Na scenie: Nie pozwolę się tak traktować.
Na galerii: Jak postawić granicę, nie tracąc panowania nad własnym zachowaniem?

Na scenie: Pokażę im, że nie mają racji.
Na galerii: Czy bardziej zależy mi na zwycięstwie, czy na rozwiązaniu problemu?

Pierwszym moim zadaniem nie jest przejęcie kontroli nad drugim człowiekiem — zwykle i tak jej nie mam. Mogę natomiast spróbować odzyskać wpływ na własne działanie.

Czasem wystarczy kilka sekund ciszy; innym razem muszę zdobyć się na słowa:

— Jestem zbyt zdenerwowany, żeby teraz rozmawiać uczciwie. Wróćmy do tego za kwadrans.

Taka przerwa nie zawsze zostanie dobrze przyjęta. Moi rozmówcy mogą uznać ją za lekceważenie. Dlatego staram się podać konkretny czas powrotu do rozmowy. „Później” często oznacza „nigdy”. „Wrócę za piętnaście minut” brzmi jak plan.

O co właściwie się kłócimy?

W pracy związanej z budową domów nieporozumienie może powstać w kilka sekund. Projektant mówi o wymiarze, wykonawca odpowiada o technologii, inwestor myśli o terminie, a ktoś jeszcze martwi się o koszt. Wszyscy mówią prawdę o jakiejś części problemu, lecz po chwili zachowują się tak, jakby pozostali nie rozumieli niczego.

Podobnie dzieje się w domu:

— Miałeś wrócić o dwudziestej drugiej. To spór o fakt.
— Chcę wiedzieć, że mogę na tobie polegać.
To spór o wartość, prawdopodobnie o zaufanie.
— Wystarczyło wysłać wiadomość.
To spór o metodę.
— Nie będziesz mi mówić, jak mam żyć.
To spór o granice i role.

Spójrzmy na powyższe chłodnymi oczyma naukowców. Warren Schmidt i Robert Tannenbaum proponują rozróżnienie czterech możliwych przedmiotów konfliktu: faktów, celów, metod oraz wartości. Zauważają, że silne emocje utrudniają rozpoznanie, na którym poziomie naprawdę występuje różnica. Andrzej może mówić o faktach, Magda bronić wartości, a obie będą przekonane, że odpowiadają sobie nawzajem.8

To bardzo praktyczna uwaga: Andrzeju, zanim udowodnisz Magdzie, że się myli, sprawdź, czy w ogóle odpowiadasz na jej problem.

Być może Magda pyta o godzinę, ale naprawdę mówi o lęku. Może Andrzej broni wolności, choć odpowiedź dotyczyła tylko wysłania wiadomości.

Bywa też odwrotnie. Za słowami o trosce może kryć się potrzeba kontroli, a za deklaracją wolności — zwykłe unikanie odpowiedzialności. Nie ustalimy tego przez zgadywanie intencji; trzeba zapytać. Ostatnio usłyszałem wspaniałą radę od mojej przyjaciółki: „pytaj, zawsze pytaj, jeśli nie, to przyczyniasz się do powstawania konfliktu”. Super słowa.

Słuchanie bez kapitulacji

Kiedy jestem wzburzony, czyjeś słowa do mnie zwykle nie docierają. Często bywa tak, że odpowiedziałem, ale przygotowuję już kolejną odpowiedź, słucham, ale tylko po to, żeby znaleźć słaby punkt czyjejś wypowiedzi.

Chłodne i pozbawione wyżej opisanych emocji badania naukowców takich jak William Ury radzą, abym najpierw wysłuchał rozmówcy, sparafrazować jego stanowisko i poprosić o korektę. Jest to ciekawa wskazówka zwłaszcza, że poprzez swoje wzburzenie mogło nie wszystko do mnie trafić. Załóżmy, że ten ktoś również jest wzburzony. Wypowiedzenie tego na głos, że ktoś czuje złość, lęk albo rozczarowanie, nie oznacza jeszcze przyznania mu racji. Można powiedzieć:

— Rozumiem, że przestraszyłaś się, kiedy nie wracałem i nie odbierałem telefonu.

To zdanie pokazuje, że usłyszałem doświadczenie Magdy. To może dużo zmienić w przebiegu dalszej rozmowy.

Prócz Williama Ury sięgnę jeszcze po doświadczenie dwóch innych psychoanalityków specjalizujących się w dialogu motywującym William’a Miller’a i Stephen’a Rollnick. Opierają oni swoje podejście na współpracy, szacunku dla autonomii człowieka oraz wydobywaniu jego własnych powodów do zmiany. Zamiast konfrontować, starają się słuchać. Zamiast wkładać człowiekowi do ust gotową odpowiedź, pomagają mu usłyszeć samego siebie.9

To nie jest technika manipulacyjna pod hasłem: „udawaj zainteresowanie, aż przeciwnik zrobi to, czego chcesz”. Fałszywe słuchanie da się wyczuć. Rozpoznaję to u siebie, zwłaszcza wtedy, gdy czekam na przerwę w czyjejś wypowiedzi tylko po to, aby rozpocząć własny wykład.

Prawdziwe słuchanie zawiera ryzyko: mogę usłyszeć coś, czego nie chciałem wiedzieć, odkryć, że druga strona ma częściowo rację, albo dojść do wniosku, że źle zinterpretowała moje działanie, oraz, że jej reakcja staje się zrozumiała w świetle tego, co wcześniej przeżyła. To może spowodować, że rozmowa stanie się dialogiem, w którym strony słyszą siebie nawzajem i modyfikują na bieżąco to co zamierzają powiedzieć. Jest to bardzo odważny sposób prowadzenia rozmowy, bo na końcu może się okazać, że nie mamy racji i jeśli starczy nam odwagi, będziemy musieli się do tego przyznać.

Słuchanie nie oznacza kapitulacji. Pozwala ustalić, z kim i z czym – jakim problemem – naprawdę rozmawiam.

Pięć kroków resetu serca i głowy

Teraz nadszedł czas na małe podsumowanie. W chwili silnego wzburzenia nie potrzebuję dwunastostronicowej instrukcji obsługi. W ogóle będzie mi trudno przypomnieć sobie cokolwiek z powyższych prawd. Dlatego proponuję pięć prostych kroków, które ujmę w najkrótsze możliwie określenia. Nie gwarantują idealnego rezultatu. Dają jednak szansę, że nie dołożymy kolejnego rozbitego kubka i talerza.

1. Zauważ ciało

Przyspieszony oddech, napięcie szczęki, gorąco na twarzy, mocniej zaciśnięte dłonie — to sygnały, że pobudzenie rośnie. W tym stanie umysł coraz łatwiej wybiera reakcję szybką i impulsywną.

2. Nazwij emocję

„Jestem zły”.
„Boję się, że zostanę ośmieszony”.
„Czuję się pominięta”.
„Wstydzę się i dlatego chcę zaatakować”.

Nazwanie emocji nie usuwa uczucia. Pomaga natomiast zobaczyć je jako część mojego doświadczenia, a nie jako nieco pokolorowany opis rzeczywistości.

3. Oddziel fakt od dopowiedzenia

Co dokładnie się wydarzyło?
Co zobaczyłem lub usłyszałem?
Co dopowiedziałem?
Jakie inne wyjaśnienie jest możliwe?

4. Obniż pobudzenie

Pomóc mogą: przerwa, cisza, spokojniejszy oddech, chwila w innym pomieszczeniu, łyk wody albo krótki spacer — o ile rzeczywiście uspokaja, a nie służy dalszemu nakręcaniu moich myśli. W tym czasie za żadne skarby nie próbuję układać aktu oskarżenia na przykład w piętnastu punktach.

5. Wróć z pytaniem

— Dobrze rozumiem, że…?
— Co w tej sytuacji było dla ciebie najważniejsze?
— O jaki problem tak naprawdę się spieramy?
— Co możemy teraz zrobić?

Postawienie takich pytań nie gwarantuje zgody. Czasem natomiast ujawnią głęboką różnicę naszych podejść do tego samego tematu. Przynajmniej będzie to różnica prawdziwa, a nie wojna z przeciwnikiem stworzonym przez moje domysły.

„Ale ja naprawdę czuję się lepiej, kiedy się wykrzyczę”

Zdecydowanie, tak właśnie jest. Moje osobiste odczucie ulgi jest prawdziwym doświadczeniem i wiem, że jest mi z nim w tym momencie bardzo dobrze. Tak jest teraz. Co będzie później? Z tym bywa gorzej. To co teraz czuję, nie stanowi wystarczającego dowodu, że później trafniej ocenię sytuację albo zachowam się mniej agresywnie. Gdy powiem komuś coś okrutnego przez pierwszy moment czuję ulgę. Rachunek jednak przychodzi później.

W takim razie z powyższego mogę wyciągnąć następujący wniosek: że złość należy tłumić oraz że każdy konflikt da się rozwiązać miękkim tonem. Czy aby na pewno? Gniew może sygnalizować krzywdę, przekroczenie granic, niesprawiedliwość czy zagrożenie. Czasem potrzebna jest stanowcza odmowa. W pewnych sytuacjach trzeba zakończyć rozmowę, odejść albo poprosić o pomoc.

Regulacja emocji, której tu chcemy się nauczyć nie może służyć temu, abym niepoprawnie interpretując powiedzenie o drugim policzku grzecznie znosił przemoc. Zdecydowanie chodzi tu o coś innego, o zachowanie zdolności wyboru. Stanowczość nie wymaga utraty kontroli, a krzyk nie staje się prawdziwszy przez swoją głośność, a jedno i drugie są realnymi wyborami, do których czasem mogę się posunąć.

Drugi kontrargument jest bardziej osobisty:
— Znam te wszystkie „mądrości”, a i tak czasem wybucham.

Ja również nie wierzę, że znajomość psychologicznego terminu automatycznie może zmienić mój charakter. Mogę przeczytać Golemana, Grossa i Kahnemana, a następnie pokłócić się o źle zaparkowany samochód lub odpłacić komuś „pięknym za nadobne”. Wiedza zaczyna działać dopiero wtedy, gdy rozpoznaję ją na żywym organizmie, na przykład na sobie.

Najpierw zwykle po fakcie. Potem w trakcie. Z czasem może chwilę przed. To jest uczenie się.

I tu trochę siebie i Ciebie pokrzepię prawdą do jakiej doszli Keith Stanovich, Richard West i Maggie Toplak w swoich badaniach pokazują rzecz trochę dla niektórych niewygodną: wysoka inteligencja kognitywna nie chroni automatycznie przed stronniczym ocenianiem argumentów zgodnie z własnymi przekonaniami.10 Człowiek błyskotliwy, posiadający dużą wiedzę potrafi być świetnym adwokatem własnej reakcji. Szybko znajdzie eleganckie uzasadnienie dla tego, co wcześniej podpowiedziały mu urażona duma, lęk albo gniew.

Dlatego celem tej części książki nie jest uczynienie Cię bardziej pewnym siebie, intelektualnie dokształconym dyskutantem. Chodzi raczej o to, byś nauczył się zauważać, kiedy Twój rozum prowadzi śledztwo, a kiedy został zatrudniony przez emocje jako ich rzecznik prasowy.

Talerz nadal jest pęknięty

Wróćmy teraz do rodzinnego stołu. Andrzej zbiera większe kawałki ceramiki, Magda stoi przy oknie. Emocje jeszcze nie opadły. Żaden z nich nie wygłasza nagle mądrej przemowy o panowaniu nad emocjami; takie rzeczy zdarzają się częściej w poradnikach niż w kuchniach, na gorąco po kłótni.

Jednak po chwili pada jedno zdanie:
— Kiedy nie odbierałeś, naprawdę się bałam.

Andrzejowi dobrze było w minionej ciszy i trochę zwlekał z odpowiedzią.
— A ja, kiedy zaczął się krzyk, usłyszałem tylko, że znowu jestem kimś, komu nie można ufać.

To jeszcze nie zgoda, nie obejmują się i nie podają sobie pojednawczo rąk. Porozrzucane kawałki jedzenia oraz rozlany napój są jeszcze w kuchni na podłodze. Spóźnienie nadal wymaga wyjaśnienia. Być może ona i on mają sobie coś do zarzucenia.

Zmieniło się jednak miejsce rozmowy. Z sali sądowej wróciła do kuchni — i właśnie o taki pierwszy krok chodziło.

W książce, która dopiero jest przed nami zanim zaczniemy rozważać wielkie pytania o Wszechświat, życie, przypadek i Boga, musimy zobaczyć, w jaki sposób patrzymy. Nasze światopoglądy także wywołują emocje a w mediach słyszymy, że czasem doprowadzają do rozlewu krwi. Dotykają tożsamości, nadziei, winy, lęku przed śmiercią oraz potrzeby sensu.

Chrześcijanin, czy buddysta może bronić swoich przekonań z urażonej dumy. Nie wierzący może odrzucić argument, zanim go dokładnie pozna. Żaden światopogląd nie zapewnia odporności na wyżej opisane prawa psychiki.

Jeśli mój rozum jest narzędziem poszukiwania prawdy, trzeba dbać o warunki jego pracy oraz niejako poznać jego ogólną instrukcję obsługi. Uspokoiliśmy więc nieco serce, wyciszyliśmy głowę i weszliśmy na galerię.

Pozostaje jednak pytanie znacznie trudniejsze: co właściwie wydarzyło się przy tym stole w kuchni?

Bo nawet człowiek spokojny może pomylić fakt z własną interpretacją. I tym zajmiemy się dalej.

Przypisy do rozdziału 1

  1. David Robson, The Expectation Effect: How Your Mindset Can Transform Your Life (Edinburgh: Canongate, 2022), rozdz. 1, lok. 199–213. Robson przedstawia percepcję jako proces aktywnej interpretacji wykorzystującej wcześniejsze doświadczenia i oczekiwania.

    ↩
  2. Daniel Kahneman, Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym, tłum. Piotr Szymczak (Poznań: Media Rodzina, 2024), rozdz. 1. Kahneman zaznacza, że System 1 i System 2 są użytecznymi postaciami modelowymi, a nie wyodrębnionymi strukturami mózgowymi.

    ↩
  3. Daniel Goleman, Inteligencja emocjonalna, tłum. Andrzej Jankowski (Poznań: Media Rodzina, 1997), rozdz. 2 i 4. Goleman opisuje szybkie reakcje emocjonalne, ich wpływ na interpretację sytuacji oraz rolę samoświadomości.

    ↩
  4. James J. Gross, „Emotion Regulation: Conceptual and Empirical Foundations”, w: Handbook of Emotion Regulation, wyd. 2, red. James J. Gross (New York–London: Guilford Press, 2014), ss. 3–20. Model obejmuje wybór i zmianę sytuacji, kierowanie uwagą, zmianę poznawczą oraz modulowanie reakcji.

    ↩
  5. Sophie L. Kjærvik i Brad J. Bushman, „A Meta-Analytic Review of Anger Management Activities That Increase or Decrease Arousal: What Fuels or Douses Rage?”, Clinical Psychology Review 109 (2024), art. 102414, 1, 11–12. Metaanaliza objęła 154 badania, 184 niezależne próby i 10 189 uczestników.

    ↩
  6. Brad J. Bushman, „Does Venting Anger Feed or Extinguish the Flame? Catharsis, Rumination, Distraction, Anger, and Aggressive Responding”, Personality and Social Psychology Bulletin 28, nr 6 (2002): 724–731.

    ↩
  7. William Ury, Odchodząc od NIE. Negocjowanie od konfrontacji do kooperacji, tłum. Robert A. Rządca (Warszawa: Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, 2004), 48–68.

    ↩
  8. Warren H. Schmidt i Robert Tannenbaum, „Zarządzanie różnicami”, w: Negocjacje i rozwiązywanie konfliktów (Gliwice: Helion, 2005), 7–23. Autorzy wyróżniają konflikty dotyczące faktów, celów, metod i wartości oraz opisują wpływ emocji na postrzeganie sytuacji.

    ↩
  9. William R. Miller i Stephen Rollnick, Motivational Interviewing: Preparing People for Change, wyd. 2 (New York–London: Guilford Press, 2002), 33–42, 65–83. Autorzy akcentują autonomię, współpracę, empatię i wydobywanie własnych powodów zmiany zamiast konfrontowania rozmówcy.

    ↩
  10. Keith E. Stanovich, Richard F. West i Maggie E. Toplak, „Myside Bias, Rational Thinking, and Intelligence”, Current Directions in Psychological Science 22, nr 4 (2013): 259–264. Autorzy wskazują, że natężenie stronniczości na rzecz własnego stanowiska pozostaje w niewielkim związku z inteligencją mierzoną testami poznawczymi.

    ↩

Rozdział 2

Fakty, interpretacje i filtry

Jak nie pomylić pierwszej opowieści z rzeczywistością

Rysa na ekranie

W mojej pracy związanej z budową domów jedna fotografia potrafi czasem wywołać większą burzę niż kilkanaście stron dokumentacji. Ktoś zauważa na ścianie cienką rysę, robi zdjęcie telefonem i przesyła je dalej. Po chwili pojawiają się pierwsze diagnozy: „dom pęka”, „fundament osiada”, „ktoś zaoszczędził na materiałach”. Jeśli fotografia trafi na większą grupę, liczba specjalistów rośnie szybciej niż sama rysa.

Zanim kierownik budowy zdąży zdjąć kurtkę, internet potrafi już wydać wyrok, sporządzić uzasadnienie i odrzucić apelację. Każdy widzi ten sam ślad, ale nie każdy widzi tę samą historię.

Samo zdjęcie nie mówi przecież, czy mamy do czynienia z powierzchniowym pęknięciem tynku, pracą dwóch stykających się materiałów, skutkiem wysychania, błędem wykonawczym czy zmianą o znaczeniu konstrukcyjnym. Każda z tych możliwości wymaga innych danych: oględzin, pomiaru szerokości rysy, obserwacji jej zmian w czasie, sprawdzenia dokumentacji i miejsca występowania. Zdjęcie jest prawdziwe. Rysa także. Zdanie „budynek traci stateczność” znajduje się jednak na innym poziomie. To już opowieść o rysie.

Podobnie działa krótki film w mediach społecznościowych. Nagranie może być autentyczne, lecz zaczynać się w chwili uderzenia, a nie minutę wcześniej. Cytat może być dosłowny, ale wyrwany z odpowiedzi na inne pytanie. Wykres może przedstawiać prawdziwe liczby, choć dobrano zakres osi tak, aby niewielka zmiana wyglądała jak katastrofa. Rzeczywistość nie została wymyślona. Została wybrana, przycięta, podpisana i umieszczona w określonej historii.

W tym rozdziale interesuje mnie jedna rzecz: nie da się patrzeć bez interpretowania, ale da się sprawdzać, czy nasze dopowiedzenie nadal trzyma się rzeczywistości. To będzie nam potrzebne później, kiedy przejdziemy do pytań o początek wszechświata, życie, ewolucję, informację biologiczną i Boży zamysł. W takich sporach dane bardzo łatwo zakładają szalik naszej drużyny.

Pięć zdań w kilka sekund

Wyobraź sobie Olę. O osiemnastej czterdzieści dwie wysłała do Kamila krótką wiadomość: „Jesteś?”. Minęła godzina. Potem druga. Telefon milczał, chociaż aplikacja pokazywała, że Kamil był niedawno aktywny.

Najpierw pojawiło się zdanie: „Nie odpisał”. Chwilę później: „Ignoruje mnie”. Potem: „Jest obrażony”. Jeszcze później: „Znowu robi to samo”. O dwudziestej pierwszej Ola była już bliska decyzji, że przez cały następny dzień także nie odpowie. Kamil zdążył więc w jej głowie zamilknąć, obrazić się, okazać lekceważenie i otrzymać karę — nie wypowiadając ani jednego słowa.

O dwudziestej pierwszej piętnaście napisał z laptopa, że telefon zostawił u brata w samochodzie. To nie musi oznaczać, że każda podejrzliwa myśl Oli była nierozsądna. Kamil mógł już wcześniej znikać bez słowa. Ważne jest coś innego: pierwsze zdanie opisywało zdarzenie, kolejne przypisywały mu znaczenie, a ostatnie zamieniało interpretację w plan działania. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że w przeżyciu Oli stanowiło jedną całość.

Sam łapię się na tym samym. Mówię: „Faktem jest, że zrobił to specjalnie” albo „Faktem jest, że tej firmie nie można ufać”. W pierwszym zdaniu przypisuję komuś intencję, w drugim streszczam wiele wcześniejszych wydarzeń. Oba sądy mogą okazać się trafne, lecz nie są prostym zapisem tego, co zobaczyłem.

Dane również nie przychodzą w idealnie przezroczystym opakowaniu. Fotograf wybiera kadr. Autor ankiety układa pytania. Kierownik Produkcji decyduje, co zmierzyć i w którym momencie. Historyk wybiera świadectwa, które uzna za wiarygodne. To nie unieważnia danych. Pokazuje tylko, że pomiędzy wydarzeniem a końcowym zdaniem stoi człowiek ze swoim językiem, doświadczeniem i zestawem pytań. Podstawa wiedzy przypomina raczej teren budowy – zwykłą ziemię, niż gładką skałę. Można na niej pracować, ale grunt trzeba stale sprawdzać.1

Umysł dopowiada brakujące klatki

W poprzednim rozdziale zatrzymaliśmy się przy chwili, w której interpretacja uruchamia emocję. Teraz robimy krok dalej. Interesuje nas to, co dzieje się z pierwszą wersją wydarzeń, kiedy zaczynamy uważać ją za prawdę, szukać dla niej dowodów i opowiadać ją innym.

Na co dzień szybkie dopowiadanie jest nam potrzebne. Rozpoznaję twarz znajomego w słabym świetle, wychwytuję irytację w jego głosie albo rozumiem zdanie mimo muzyki w tle. Umysł łączy niepełne sygnały z tym, czego nauczył się wcześniej i czego właśnie się spodziewa. Dzięki temu nie zaczynam każdego poranka od odkrywania świata od zera. Ten sam mechanizm sprawia jednak, że czasem widzę dokładnie to, na co sam siebie przygotowałem.2

Krótki film potrafi wtedy przekonać bardziej niż długi raport. Film ma twarz, głos, napięcie i wyraźnego winnego - Western. Raport ma metodę, zastrzeżenia oraz tabelę, której człowiek nie chce oglądać nawet po porannej kawie. Znajomy komunikat, powtarzane zdanie i płynna opowieść zwiększają poczucie prawdziwości. Buduję przekonanie o swojej pewności z materiału, który znajduje się pod ręką, rzadko odczuwając ciężar informacji, których nie posiadam3, a czasem nawet nie chcę posiadać.

Mem, rolka albo plansza z cytatem mogą przekazywać prawdę. Ich ograniczeniem jest jednak pojemność. Zwykle nie mieszczą źródła pierwotnego, sposobu uzyskania wyniku, niepewności pomiaru ani najmocniejszego kontrargumentu. Nadają się do zwrócenia uwagi. Rzadziej wystarczają do rozstrzygnięcia sporu. Liczba polubień mówi, że mem poruszył wiele osób. Nie mówi jeszcze, czy jest trafny.

Bose stopy na Abbey Road

Pod koniec lat sześćdziesiątych Beatlesi byli tak sławni, że nawet ich milczenie wydawało się częścią większego planu. Wtedy zaczęła krążyć plotka: Paul McCartney miał zginąć w wypadku, a pozostali muzycy podobno zastąpili go sobowtórem. Brzmiało to nieprawdopodobnie, lecz plotka miała pewną niezwykłą zaletę — niemal każda płyta mogła dostarczyć kolejnej wskazówki.

Fani zaczęli oglądać okładki pod lupą i odtwarzać nagrania od tyłu. Zwyczajne szczegóły przestały być zwyczajne. Jedni słyszeli w niewyraźnym fragmencie głosu ukryty komunikat. Inni odkrywali znaczenia w ustawieniu muzyków, w stroju, geście dłoni albo numerze samochodu stojącego w tle. Im więcej ktoś wiedział o pogłosce, tym więcej śladów potrafił odnaleźć.

Najbardziej znana stała się okładka Abbey Road. Czterech muzyków przechodzi przez pasy. John Lennon idzie pierwszy, ubrany na biało. Za nim Ringo Starr w ciemnym garniturze. Paul jest boso i stawia krok inaczej niż pozostali. George Harrison zamyka pochód. Dla kogoś, kto znał już opowieść, fotografia zaczynała przypominać procesję pogrzebową: duchowny, żałobnik, zmarły i grabarz. Bose stopy Paula miały być znakiem śmierci. Papieros w jego prawej dłoni — kolejnym, bo przecież był leworęczny. Samochód w tle również przestawał być samochodem. Stawał się wiadomością.

Najciekawsze było jednak to, co działo się ze szczegółami, które nie pasowały. Nie osłabiały teorii. Mogły oznaczać, że zespół celowo zacierał ślady. Gdy Paul pojawiał się publicznie, nie kończyło to sprawy — przecież właśnie sobowtór miał się pojawiać. Jeśli brzmiał i wyglądał jak Paul, świadczyło to jedynie o staranności podmiany. Brak przyznania się zespołu mógł być kolejnym dowodem spisku.

W pewnym momencie teoria nie potrzebowała już nowych faktów. Nauczyła się przejmować każdy możliwy wynik. Szczegół zgodny z opowieścią stawał się wskazówką. Szczegół niezgodny — kamuflażem. Milczenie potwierdzało tajemnicę, a zaprzeczenie pokazywało, jak bardzo trzeba ją ukrywać.

Paul żył dalej, nagrywał, koncertował, udzielał wywiadów i starzał się na oczach publiczności. Tymczasem okładki nadal leżały na stołach fanów. Kiedy człowiek wiedział już, czego szukać, fotografie nie chciały pozostać nieme.4

Adwokat własnej wersji

W pracy łatwo widzę ten mechanizm u innych, znacznie trudniej u siebie. Jeżeli uznam inwestora za osobę konfliktową, jego następne pytanie o izolację przeciwwilgociową mogę odebrać jako kolejny atak. Jeżeli inwestor wcześniej uzna wykonawcę za nieuczciwego, prośbę o kilka dni potrzebnych do sprawdzenia problemu może potraktować jako dowód tuszowania błędu. Każda strona ma już swoją historię, a nowe zdarzenia są dopisywane do gotowego scenariusza.

Najbardziej podstępna chwila przychodzi wtedy, gdy zajmiemy publiczne stanowisko. Od tej pory zmiana zdania kosztuje więcej. Musielibyśmy przyznać przed innymi, a czasem także przed sobą, że mówiliśmy zbyt pewnie. Rozum przestaje przypominać sędziego. Zakłada togę adwokata i zaczyna pracować nad tym, aby jego klient wyszedł z sali w możliwie dobrym stanie.

Błyskotliwość nie daje tu automatycznej ochrony. Człowiek inteligentny potrafi szybko wykryć słabość cudzego argumentu, lecz równie szybko znaleźć eleganckie usprawiedliwienie dla własnego. Zdolność tworzenia argumentów pomaga w dochodzeniu do prawdy tylko wtedy, gdy pozwalamy jej pracować także przeciwko temu, co już lubimy i czego bronimy.5

To ostrzeżenie dotyczy również mnie. Wierzę w Boga Stwórcę i patrzę na świat jako na stworzenie. Taki punkt wyjścia wpływa na pytania, które wydają mi się ważne, oraz na wyjaśnienia, które zauważam szybciej. Nie zamierzam udawać, że piszę z miejsca pozbawionego światopoglądu. Chcę natomiast pilnować, aby moje przekonania nie otrzymały prawa do wygrywania każdego sporu przed jego rozpoczęciem.

Człowiek niewierzący także nie patrzy z punktu zawieszonego ponad wszystkimi założeniami. Może przyjmować naturalizm, materializm, agnostycyzm albo przekonanie, że nauki przyrodnicze z czasem wyjaśnią każde badane zjawisko. Sam fakt posiadania wiedzy tła nie czyni stanowiska błędnym. Problem zaczyna się wtedy, gdy swoje założenia przedstawiam jako samą rzeczywistość, a założenia drugiej strony wyłącznie jako uprzedzenie.

Błędy poznawcze nie mają wyznania ani legitymacji partyjnej. Mogą pracować dla teisty, ateisty, konserwatysty, progresisty, naukowca, duchownego i autora książki o uczciwym myśleniu. Ten ostatni przypadek byłby nawet zabawny, gdyby nie był tak prawdopodobny.

Otwartość bez wymazywania siebie

Paweł chciał kupić używany samochód. Znalazł model, który spodobał mu się od pierwszego spojrzenia, więc przez dwa wieczory oglądał recenzje. Po dwunastu filmach czuł się znakomicie przygotowany. Dopiero kolega zauważył, że dziewięć nagrań powtarzało te same dane z materiału producenta, dwa odsyłały do pierwszego filmu, a tylko jedno powstało po kilku latach rzeczywistego użytkowania auta. Paweł zebrał dużo informacji. Nie zebrał wielu niezależnych informacji.

To ważna różnica. Można przez dwie godziny oglądać materiały potwierdzające jedną tezę i zakończyć poszukiwanie z większą wiedzą o argumentacji własnego środowiska, a zarazem z mniej pełnym obrazem sprawy. Dziesięć komentarzy powtarzających to samo twierdzenie nie staje się dziesięcioma dowodami. Czasem wszystkie prowadzą do jednego artykułu, jednego eksperta albo jednego źle podpisanego zdjęcia.

Otwartość poznawcza nie polega na tym, że nie mam żadnego stanowiska. Polega raczej na gotowości, by poświęcić problemowi dostatecznie dużo czasu, poszukać danych, które mogą mnie skorygować, i potraktować cudzy pogląd jako coś więcej niż przeszkodę czekającą na zbicie. Taki nawyk zwykle sprzyja trafniejszym ocenom i mniejszej pewności siebie tam, gdzie pewność nie ma jeszcze podstaw. Nie działa jednak jak magia. Jeśli wszystkie dostępne informacje prowadzą w złym kierunku, człowiek może bardzo sumiennie dojść do błędnej odpowiedzi.6

Dlatego pytam nie tylko: „Ile przeczytałem?”, lecz także: „Skąd to pochodzi?”, „Czy źródła są od siebie niezależne?”, „Co przemawia przeciwko tej wersji?” i „Czy istnieje informacja, po której naprawdę zmieniłbym zdanie?”.

W sprawach religijnych otwartość nie oznacza dla mnie codziennego zawieszania wiary w Boga. Oznacza gotowość do sprawdzania, czy nie pomyliłem Objawienia z własną interpretacją, nauczania Kościoła z opinią jednego autora albo prawdy wiary ze słabym argumentem apologetycznym. Dlatego w dalszych rozdziałach będę rozróżniał:

„Kościół naucza…”
„Ten teolog uważa…”
„Zwolennicy tej teorii argumentują…”
„Ja skłaniam się ku…”
„Na obecnym etapie nie wiem…”

Te zdania nie różnią się jedynie stylem. Każde z nich składa na moje barki inny ciężar odpowiedzialności.

Najlepsza opowieść nie zawsze jest prawdziwa

Wróćmy do rysy na ścianie. Powierzchniowe pęknięcie tynku, praca dwóch materiałów, błąd wykonawczy i ruch konstrukcji mogą początkowo pasować do jednego zdjęcia. Trzeba więc zapytać, która wersja wyjaśnia także położenie rysy, jej kształt, czas powstania i późniejsze zmiany. Hipoteza, która pasuje do fotografii, ale nie zgadza się z pomiarami i dokumentacją, traci wartość.

Podobnie jest w codziennym życiu. Kiedy ktoś nie odpowiada, wersja „obraził się” może być możliwa. Wersja „rozładował mu się telefon” również. Najlepsze wyjaśnienie powinno obejmować więcej faktów, nie wymagać mnożenia wyjątków i pokazywać, dzięki jakiemu mechanizmowi zdarzenie mogło zajść.

Istnieje jednak pułapka: najbardziej pociągająca historia nie zawsze jest najbardziej prawdopodobna. Opowieść o tajnym konflikcie, zdradzie albo spisku bywa znacznie ciekawsza niż prozaiczna awaria telefonu. Prosta historia może przynieść ulgę, bo nagle wszystko układa się w całość. Rzeczywistość nie ma jednak obowiązku wybierać rozwiązania, które najlepiej porządkuje moje emocje.

Sam lubię wyjaśnienia proste. Kiedy kilka elementów nagle tworzy jeden obraz, czuję, że zniknęła poznawcza mgła. To uczucie może wskazywać dobry trop. Nadal nie jest dowodem. Dlatego stosuję wobec siebie dwa pytania:

Która z rozważanych wersji lepiej wyjaśnia dane niż jej konkurentki?

Czy ta wersja jest dostatecznie dobrze uzasadniona, aby ją przyjąć?

Można wygrać bardzo słaby konkurs. Jeżeli wszystkie dostępne wyjaśnienia mają poważne braki, uczciwą odpowiedzią pozostaje: „jeszcze nie wiem”. Nie jest to moje ulubione zdanie. Nierozwiązany problem zostaje mi w pamięci i domaga się powrotu. Mimo to czasem właśnie niedomknięcie jest bardziej racjonalne niż wybór zwycięzcy tylko dlatego, że nie lubię pustego miejsca.7

Mam też naturalną niechęć do ciągłego zmieniania stanowiska. Bywa ona pożytecznym bezpiecznikiem: chroni przed skakaniem z poglądu na pogląd po każdym efektownym filmie. Ten sam bezpiecznik może jednak zamienić się w zamek, jeśli zacznie bronić przekonania przed każdym możliwym argumentem. Wytrwałość i zamknięcie wyglądają podobnie aż do chwili, w której pojawia się mocny kontrargument.

Rzeczywistość stawia opór

Wobec całego rozdziału można postawić poważny zarzut. Skoro zawsze interpretujemy, to może istnieją wyłącznie opowieści: chrześcijańska, materialistyczna, sceptyczna i wiele innych. Każdy ma swoją perspektywę, więc nikt nie ma prawa mówić, że zbliżył się do prawdy.

Taki wniosek idzie za daleko. Rzeczywistość potrafi powiedzieć „nie”. Ściana może pękać dalej mimo uspokajającej opinii wykonawcy. Dokument może przeczyć mojej pamięci. Drugie nagranie może pokazać minutę, której zabrakło w pierwszym filmie. Człowiek, któremu przypisałem złą intencję, może przedstawić sprawdzalne fakty prowadzące do innej wersji.

Obiektywność nie wymaga, abym pozbył się całej historii, charakteru i światopoglądu. Wymaga raczej, żebym podał źródła, opisał sposób dojścia do wniosku, ujawnił ważne założenia i pozwolił innym sprawdzić mój tok. Perspektywa tłumaczy, skąd patrzę. Nie gwarantuje, że widzę dobrze.

Pytanie, którego nie lubię

Najtrudniejszym sprawdzianem nie jest znalezienie kolejnego przykładu na swoją korzyść. Jest nim odpowiedź na pytanie: „Co musiałoby się wydarzyć, abym uznał, że ten konkretny argument jest błędny?”.

Jeżeli twierdzę, że rysa powstała wskutek trwającego ruchu konstrukcji, powinienem powiedzieć, jakich dalszych śladów oczekuję. Jeśli pomiary nie wykażą zmian, a oględziny lepiej pasują do powierzchniowego pęknięcia, moja diagnoza powinna osłabnąć. Mogę dołączać wyjaśnienia pomocnicze, lecz jeśli po każdej niezgodności wymyślam nowy wyjątek, nie sprawdzam już swojej wersji. Uczę ją wyłącznie sztuki przetrwania.

Ta sama zasada będzie obowiązywać mnie później, gdy będę przedstawiał argumenty dotyczące projektu, dostrojenia wszechświata albo granic mechanizmów ewolucyjnych. Muszę wskazać, jakie dane osłabiłyby dany argument. Nie mogę żądać ryzyka od strony przeciwnej, a własne stanowisko chronić przed każdym możliwym wynikiem.

Nie oznacza to, że jeden eksperyment ma obalić metafizykę albo wiarę. Twierdzenie naukowe, argument filozoficzny i prawda teologiczna nie są sprawdzane w identyczny sposób. Chodzi o uczciwe określenie poziomu: jeśli coś przedstawiam jako wniosek empiryczny, powinienem dopuścić możliwość jego empirycznej porażki. Jeśli mówię jako filozof lub człowiek wierzący, nie wolno mi przebierać tej wypowiedzi za wynik doświadczenia laboratoryjnego.8

Wymóg działa również w drugą stronę. Zdanie „nauka kiedyś na pewno wszystko wyjaśni” może być wyrazem nadziei badawczej, ale nie jest jeszcze posiadanym wynikiem. Przyszłe odkrycie nie może dzisiaj pełnić funkcji dowodu.

Sześć pytań przed wydaniem wyroku

Nie da się przy każdej decyzji prowadzić pełnego śledztwa. Można jednak wyrobić kilka nawyków. Zanim pierwsza opowieść otrzyma status rzeczywistości, warto zapytać:

  1. 1. Co dokładnie zaobserwowałem? Jakie zdarzenie, słowa, pomiar lub dokument są rzeczywiście dostępne?

  2. 2. Co dodał mój umysł? Gdzie kończy się obserwacja, a zaczyna przypisanie przyczyny, intencji albo wartości?

  3. 3. Skąd pochodzi informacja? Czy mam źródło pierwotne, czy komentarz do komentarza? Czy dwa świadectwa są naprawdę niezależne?

  4. 4. Jakie inne wyjaśnienie jest możliwe? Nie potrzebuję dwudziestu fantastycznych wersji. Wystarczą dwie lub trzy realne alternatywy.

  5. 5. Co mogłoby zmienić moją ocenę? Jeżeli odpowiedź brzmi „nic”, prawdopodobnie bronię tożsamości albo lojalności, a nie sprawdzam twierdzenie.

  6. 6. Jak pewny jestem i dlaczego? Czy mówię „wiem”, „uważam za prawdopodobne”, „skłaniam się ku” czy „jeszcze nie wiem”?

Te pytania nie gwarantują bezbłędności. Pomagają jednak zauważyć moment, w którym fakt został obudowany historią, a historia zaczęła udawać fakt.

Rysa może okazać się błahostką. Może również wymagać szybkiej interwencji. Uczciwe myślenie nie polega na wybieraniu wersji najbardziej uspokajającej ani najbardziej alarmującej. Chodzi o reakcję proporcjonalną do tego, co rzeczywiście wiem.

Tyle że nawet po oddzieleniu danych od komentarza pozostaje kolejny problem. Jak ocenić, czy zgromadzone świadectwa są wystarczająco mocne? Co naprawdę znaczy informacja, że test ma dziewięćdziesięcioprocentową trafność? Czy osoba z wynikiem dodatnim ma dziewięćdziesiąt procent szans, że jest chora?

Intuicja podpowiada odpowiedź niemal natychmiast. Statystyka potrafi odpowiedzieć zupełnie inaczej.

Przypisy do rozdziału 2

  1. Karl R. Popper, Conjectures and Refutations: The Growth of Scientific Knowledge (New York–London: Basic Books, 1963), zwłaszcza s. 386–387.

    ↩
  2. David Robson, The Expectation Effect: How Your Mindset Can Transform Your Life (Edinburgh: Canongate, 2022), rozdz. 1.

    ↩
  3. Daniel Kahneman, Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym, tłum. Piotr Szymczak, wyd. 2 elektroniczne (Poznań: Media Rodzina, 2024), rozdz. 5, 7 i 22.

    ↩
  4. Raymond S. Nickerson, „Confirmation Bias: A Ubiquitous Phenomenon in Many Guises”, Review of General Psychology, 2.2 (1998), s. 175–177.

    ↩
  5. Keith E. Stanovich, Richard F. West i Maggie E. Toplak, „Myside Bias, Rational Thinking, and Intelligence”, Current Directions in Psychological Science, 22.4 (2013), s. 259–260.

    ↩
  6. Uriel Haran, Ilana Ritov i Barbara A. Mellers, „The Role of Actively Open-Minded Thinking in Information Acquisition, Accuracy, and Calibration”, Judgment and Decision Making, 8.3 (2013), s. 188–190, 195–198.

    ↩
  7. Peter Lipton, Inference to the Best Explanation, wyd. 2 (London–New York: Routledge, 2004), s. 56, 59–63, 121–123.

    ↩
  8. Popper, Conjectures and Refutations, s. 36–37, 74, 253–255.

    ↩

Rozdział 3

Prawdopodobieństwo, którego nie czujemy

Ile naprawdę wiem, kiedy jestem czegoś pewny

Jechałem na spotkanie z księdzem Robertem W. z dobrym nastawieniem. Jego poglądy znałem pobieżnie. Znacznie lepiej znałem i ceniłem biskupa, który był jego przełożonym. Ufałem temu biskupowi i część zaufania przeniosłem na księdza Roberta, zanim zdążyłem go dobrze poznać. Spodziewałem się, że w ważnych dla mnie sprawach znajdziemy wspólny język.

Rozmowa zeszła na temat stworzenia i ewolucji. Chodziło o sposób rozumienia Bożego działania w historii życia — sprawę, nad którą dużo myślałem i do której przywiązywałem wielką wagę. Wtedy ujawniła się głęboka różnica naszych stanowisk. Odniosłem również wrażenie, że ksiądz Robert próbuje mnie przekonać do swojego. Pozostałem przy własnym.

Wracałem mocno rozczarowany. Później przeczytałem książkę teologa, którego polecił, i to przeżycie jeszcze się pogłębiło. Zmienił się mój obraz księdza Roberta. Z większą ostrożnością zacząłem też słuchać biskupa, któremu wcześniej tak mocno ufałem.

Dziś zastanawia mnie moje nastawienie sprzed rozmowy. Niewiele wiedziałem, a jednak byłem spokojny. Po spotkaniu wiedziałem więcej i spokoju było znacznie mniej. Moje przekonanie o własnej racji przetrwało. Zaufanie do rozmówcy — już nie w tej samej postaci.

Czy zdarzyło ci się wracać ze spotkania z poczuciem, że rozmawiałeś z kimś innym, niż się spodziewałeś?

Kiedy przyglądam się temu wspomnieniu, dostrzegam kilka pytań, które w przeżyciu zlały się w jedno. Co wiem o poglądach księdza Roberta? Jak oceniam jego argumenty? Na czym opieram swoje? I dlaczego różnica zdań zmieniła również moje nastawienie do biskupa?

W pierwszym rozdziale przyglądaliśmy się emocjom. W drugim oddzielaliśmy zdarzenie od dopowiadanej do niego historii. Teraz chcę sprawdzić, ile pewności mogę oprzeć na tym, co rzeczywiście wiem. W tamtym spotkaniu otrzymałem mocny powód, żeby zmienić wyobrażenie o poglądach rozmówcy. Ocena, który z nas miał rację, wymagała już rozważenia argumentów. Samo rozczarowanie tej pracy za mnie nie wykona.

Bartek przy szachownicy

Ciekawią mnie ludzie: ich pasje, sposób myślenia, droga, którą doszli do swoich przekonań. Chętnie słucham kogoś, kto naprawdę zajmował się sprawą, o której mówi. Więcej zaufania budzi we mnie wykonana praca niż zapewnienie, że potrafiłby ją wykonać. Chcę wiedzieć, kto stoi za zdaniem, które właśnie przeczytałem.

Ta ciekawość może jednak zbyt szybko przynieść poczucie znajomości. Rozpoznaję kilka szczegółów i już dopowiadam resztę. W jednym z badań psychologicznych uczestnicy, oceniając prawdopodobny kierunek studiów fikcyjnego Tomasza W., kierowali się przede wszystkim jego podobieństwem do stereotypowego studenta. Znali przy tym liczebności kierunków i wiedzieli, że opis Tomasza ma niepewną wiarygodność. Te informacje zeszły na dalszy plan.1

Zobaczmy to na prostszym, wymyślonym przykładzie. W akademiku mieszka dwustu studentów: dwudziestu informatyków i stu osiemdziesięciu studentów innych kierunków. Losujemy jednego mieszkańca. Nazwijmy go Bartkiem. Dopóki niczego więcej o nim nie wiemy, szansa, że studiuje informatykę, wynosi dwadzieścia na dwieście — jedną dziesiątą.

Dowiadujemy się, że Bartek gra w szachy. W naszym umownym akademiku gra dziesięciu spośród dwudziestu informatyków: aż połowa. Wśród pozostałych studentów gra osiemnastu ze stu osiemdziesięciu, czyli tylko jedna osoba na dziesięć. Skojarzenie szachów z informatyką ma tutaj podstawę.

Policzmy jednak wszystkich szachistów. Dziesięciu informatyków i osiemnastu studentów innych kierunków daje dwudziestu ośmiu. W tej grupie informatycy nadal są mniejszością. Wiadomość o szachach zwiększyła szansę, że Bartek jest informatykiem: zamiast jednej dziesiątej mamy dziesięciu na dwudziestu ośmiu. Wciąż jednak bardziej prawdopodobne jest, że Bartek studiuje coś innego niż informatykę.

Punktem wyjścia była częstość bazowa: jeden student informatyki na dziesięciu mieszkańców akademika. Potem uwzględniliśmy dodatkową informację. Żeby właściwie ją wykorzystać, potrzebowaliśmy wiedzieć, jak często w szachy grają również pozostali mieszkańcy.2

W tym przykładzie najbardziej zatrzymuje mnie to, że zauważony szczegół naprawdę coś znaczy. Mogę dostrzec rzecz istotną i wyciągnąć z niej zbyt mocny wniosek. Przed spotkaniem z księdzem Robertem także miałem powód do zaufania. Pytanie dotyczy tego, ile na tym jednym powodzie zbudowałem.

Cztery czerwone kulki

Znam u siebie jeszcze inną trudność. Kiedy wykonawca albo dostawca materiałów zdobył dobrą opinię, długo interpretowałem kolejne zdarzenia tak, żeby do niej pasowały. Pomyłka miała wyjaśnienie, opóźnienie również. Moja pierwsza ocena korzystała z długiego okresu ochronnego. Chętnie nazwałbym to wyłącznie wyrozumiałością. Dzisiaj widzę także własny udział w podtrzymywaniu korzystnego obrazu.

A na jakiej podstawie ten obraz powstał? Ile zdarzeń wystarczyło mi, żeby uznać, że już znam człowieka?

W kolejnym przykładzie Jan i Julia losują kulki z dużej urny. Połowa kulek jest czerwona, połowa biała. Jan wyciąga cztery, Julia siedem. Po każdej próbie kulki wracają do urny. Oboje zapisują, kiedy wylosowali tylko jeden kolor.

Przy wielokrotnym powtarzaniu prób taki wynik będzie częściej zdarzał się Janowi. Łatwiej wyciągnąć cztery czerwone kulki niż siedem czerwonych; podobnie z białymi. Mniejsza próbka częściej daje skrajny obraz, choć oboje losują z tej samej, podzielonej na pół całości.3

Nazwa „prawo małych liczb” określa błędne oczekiwanie, że już niewielka próbka wiernie przedstawi większą zbiorowość.4 Cztery czerwone kulki pokazują, co znalazło się w tej próbie. Do opisu całej urny potrzebujemy czegoś więcej.

Podobny przeskok mogę wykonać po kilku udanych współpracach albo kilku bolesnych spotkaniach. Zaczynam od wspomnienia konkretnych ludzi, a kończę zdaniem o wszystkich. Ludzkie znajomości są przy tym bardziej złożone niż losowanie: wybieramy środowisko, spotykamy określone osoby, część sytuacji pamiętamy lepiej. Dlatego oprócz liczby przypadków chcę sprawdzać, skąd się wzięły i które pominąłem.

Kilka rozczarowań może być ważnym powodem do ostrożności. Nadal pozostaje różnica między ostrożnością a przekonaniem, że odkryłem regułę dotyczącą całej grupy. Chciałbym ją zachować również wtedy, gdy wspomnienie jest bolesne.

Rak piersi. Dodatni wynik

Przy takich słowach pytanie o prawdopodobieństwo nabiera innej wagi. Gdyby ktoś mi bliski otrzymał taki wynik, chciałbym wiedzieć, co on właściwie oznacza. Czy potwierdza chorobę? Czy moja obawa odpowiada temu, co rzeczywiście ustalono?

Sięgnijmy do historycznego zadania z książki Gigerenzera. Dotyczy ono kobiet w wieku od czterdziestu do pięćdziesięciu lat, bez objawów, uczestniczących w mammograficznym badaniu przesiewowym. Takie badanie ma poszukiwać choroby, zanim ujawni się objawami. Tutaj rozpatrujemy jego wynik, a nie dolegliwość odczuwaną przez pacjentkę. Liczby służą objaśnieniu zadania; nie opisują ryzyka konkretnej czytelniczki ani dzisiejszej skuteczności badań.5

W zaokrąglonym zapisie autora na tysiąc kobiet osiem ma raka piersi. Siedem z tych ośmiu otrzymuje dodatni wynik mammografii. Wśród pozostałych dziewięciuset dziewięćdziesięciu dwóch kobiet, które tej choroby nie mają, dodatni wynik otrzymuje jednak również około siedemdziesięciu. To wyniki fałszywie dodatnie: badanie wskazuje możliwość raka piersi, choć w zadaniu te kobiety go nie mają.

Zatrzymajmy się przy kobietach z dodatnim wynikiem. Należą do nich zarówno chore, jak i te bez raka piersi. Siedem i siedemdziesiąt daje razem siedemdziesiąt siedem. Spośród nich choruje siedem.

Siedem na siedemdziesiąt siedem. Około dziewięciu procent.6

Najważniejsze było uwzględnienie obu grup. Gdybym patrzył wyłącznie na to, jak badanie wypada wśród chorych, zabrakłoby mi informacji o kobietach bez choroby. A przecież one także mogą otrzymać dodatni wynik. Pytanie „Ile chorych wykrywa badanie?” i pytanie „Ile kobiet z dodatnim wynikiem choruje?” prowadzą do dwóch różnych grup.

Dodatni wynik w tym zadaniu rzeczywiście zwiększa ocenę prawdopodobieństwa choroby: wcześniej dotyczyła ona ośmiu kobiet na tysiąc, a wśród dodatnich wyników — siedmiu na siedemdziesiąt siedem. Zmiana jest istotna. Wciąż pozostaje jednak daleko do pewności.

Liczebności takich powiązanych grup nazywamy częstościami naturalnymi. Pomagają zobaczyć, kogo trzeba policzyć.7 Własne wrażenie nie podpowiada mi automatycznie, co zrobić z kilkoma procentami odnoszącymi się do różnych grup. Tutaj mogę prześledzić rachunek, wrócić do zdania i sprawdzić, czy nikogo nie zgubiłem.

Pozostaje jeszcze pytanie, które jest dla mnie szczególnie ważne: czy dane dotyczą ludzi podobnych do tej konkretnej osoby, o którą się martwię? Poprawne dzielenie opisuje przyjęty zbiór. Zastosowanie wyniku poza nim wymaga uzasadnienia. Ten rachunek pokazuje sposób rozumowania; nie zastępuje rozpoznania choroby.

W pamięci zostaje dwadzieścia pięć

Zdarza mi się słuchać wyników badań i nie nadążać za wyjaśnieniem. Zapamiętuję liczbę, zanim zdążę ustalić, czego dotyczy. Rozmówca przeszedł dalej, a ja nadal próbuję odtworzyć poprzednie zdanie. Przy książce mogę przynajmniej cofnąć wzrok.

„O dwadzieścia pięć procent mniej”. Brzmi obiecująco. Ale mniej czego i w porównaniu z czym?

Pozostańmy przy mammografii, lecz zmieńmy pytanie. Przed chwilą odczytywaliśmy dodatni wynik badania. Teraz przyjrzymy się opisowi różnicy w liczbie zgonów. To dwa odrębne zagadnienia.

W tej samej książce znajdujemy historyczne porównanie: w ciągu dziesięciu lat z powodu raka piersi umierały cztery kobiety na tysiąc w grupie bez badań przesiewowych i trzy na tysiąc w grupie objętej badaniami. Są to zaokrąglone wartości przedstawione w książce, nie aktualna ocena skuteczności mammografii.8

Różnica wynosi jeden zgon na tysiąc kobiet. Jednocześnie jeden jest czwartą częścią czterech. Stąd dwadzieścia pięć procent.

Gdy odnosimy zmianę do wartości wyjściowej, mówimy o względnej redukcji ryzyka: o jedną czwartą mniej. Gdy podajemy różnicę udziałów w całych porównywanych grupach, mówimy o bezwzględnej redukcji ryzyka: tutaj o jedno zdarzenie mniej na tysiąc w ciągu dziesięciu lat. Oba obliczenia opisują to samo porównanie. W tym przykładzie dwadzieścia pięć procent nie oznacza dwudziestu pięciu uratowanych kobiet na każde sto.

Potrzebuję znać punkt wyjścia, żeby zrozumieć skalę zmiany. Dopiero potem mogę oceniać jej znaczenie. Jedno życie na tysiąc nadal jest ludzkim życiem. Sama wielkość liczby nie odpowie na wszystkie pytania o wartość korzyści.

Budzi mój sprzeciw przekaz, po którym w głowie odbiorcy zostaje efektowny procent bez zrozumiałego znaczenia. Przyczyny mogą być różne; sam skrót nie ujawnia intencji nadawcy. Ja chcę wymagać od siebie staranności także w wyjaśnianiu. Za liczbami stoją przecież czyjaś praca i ludzie, których dotyczą.

Pisząc, myślę również o ostatniej ławce. O kimś, kto na chwilę odwrócił uwagę i próbuje do nas wrócić. Sam nieraz potrzebuję takiej możliwości. Chcę więc pokazać, skąd wzięła się liczba i co można z niej wywnioskować. Zwłaszcza gdy wspiera moje stanowisko.

Zmienić tyle, ile wynika z racji

Bartek grający w szachy, dodatni wynik mammografii, kilka spotkań, które długo pamiętam. W każdej z tych sytuacji otrzymuję jakąś informację. Pytanie brzmi: co ona uzasadnia i jak bardzo powinna zmienić moją wcześniejszą ocenę?

Tym zajmuje się podejście bayesowskie do przekonań. Uwzględnia to, co wiedzieliśmy wcześniej, i znaczenie nowego świadectwa — nowej wiadomości lub obserwacji odnoszącej się do ocenianego twierdzenia. Proponuje zasady, według których powinniśmy zmieniać stopień pewności. Jest to sposób porządkowania rozumowania, a nie opis każdej rzeczywistej reakcji umysłu.9

Przy Bartku mogliśmy policzyć zmianę, ponieważ przyjęliśmy pełny zestaw potrzebnych danych. W wielu codziennych sprawach brakuje podstaw do dokładnego procentu. Możemy jednak rozpoznać, że przybyło powodów za określonym wnioskiem albo że jeden z nich osłabł. Sama nowa wiadomość także może być niepewna. Wtedy trzeba uwzględnić jej wiarygodność, zamiast traktować zasłyszaną relację jak bezsporny fakt.10

Jest tu rozróżnienie, które chciałbym dobrze zapamiętać: „mam więcej powodów niż wcześniej” i „mam już wystarczające powody” to dwa różne sądy. Nowy argument może wzmocnić przypuszczenie, pozostawiając je nadal słabym. Z kolei utrata jednego argumentu może osłabić pogląd, za którym wciąż przemawiają inne mocne racje.11

Najtrudniej zastosować mi to do przekonań długo budowanych i wielokrotnie bronionych. Przywiązanie do nich daje wytrwałość. Znam jednak także moment, w którym samo wyobrażenie zmiany budzi opór. Wiadomościom mogącym naruszyć kilka moich ważnych poglądów naraz zdarza mi się poświęcać niewiele czasu.

Doświadczyłem już przecież zmiany głębokiej. Odkrywanie wpływu emocji podważyło mój wcześniejszy obraz siebie. Sądziłem, że rozum potrafi prędzej czy później zapanować nad niemal całym moim zachowaniem. Kiedy zacząłem dostrzegać, ile dzieje się obok świadomego namysłu, musiałem wrócić do wielu dawnych ocen. Było to dla mnie odkrywanie nieznanego dotąd obszaru własnego życia. Nadal widzę tylko część.

Przy księdzu Robercie również chcę rozdzielić to, co zmieniła rozmowa. Dowiedziałem się, że jego stanowisko jest inne, niż oczekiwałem. To wystarcza do poprawienia obrazu jego poglądów. Żeby ocenić te poglądy, muszę zbadać argumenty. Żeby zmienić ocenę biskupa, potrzebuję racji dotyczących również jego. Moje rozczarowanie objęło szeroki krąg ludzi. Chcę sprawdzić, dokąd rzeczywiście sięgało uzasadnienie.

Także czyjeś wyjaśnienie niepowodzenia może zmienić tylko część mojej oceny. Gdyby wykonawca spóźnił się z powodu pogrzebu bliskiej osoby, szukałbym sposobu dania mu kolejnej szansy. Powracające trudności rozważałbym inaczej. Poznanie okoliczności mogłoby zmienić moją decyzję, pozostawiając niepewność co do następnego terminu. Mogę chcieć dać szansę, a równocześnie wiedzieć, że wynik pozostaje otwarty.

Co dopiszę po „ponieważ”

Można w tym miejscu zapytać, czy cała ta ostrożność nie odbiera zdolności do ufania i działania. Rozumiem tę obawę. Czekanie na odpowiedź wywołuje u mnie napięcie. Zdarzało mi się dawać sobie kilka dni, żeby nabrać dystansu. Bywało, że później dziękowałem Bogu za powstrzymanie pierwszego odruchu. Pamiętam również żal za niepodjętym działaniem i myślą, której nie rozwinąłem.

Najbardziej szkoda mi tych spraw, które odłożyłem ze strachu przed możliwym wnioskiem. Bałem się przeczytać więcej albo z kimś porozmawiać. Moje przekonanie pozostawało nienaruszone również dlatego, że oszczędzałem mu spotkania z nowymi racjami.

Dlatego chcę uczyć się świadomego zaufania i podejmowania decyzji przy nazwanej niepewności. Potrzeba działania może skłonić mnie do wyboru, zanim poznam wszystkie okoliczności. Dobrze wtedy wiedzieć, co ustaliłem, czego się spodziewam, a na jakie ryzyko się godzę.

Z tego rozdziału zabieram wymaganie wobec siebie: chcę dostosowywać siłę przekonania do siły jego uzasadnienia. Przy wyrazistym szczególe sprawdzić szerszą grupę. Przy kilku doświadczeniach zapytać, jak daleki wniosek na nich opieram. Przy procencie ustalić, co i kogo policzono. A przy nowej wiadomości rozpoznać, które przekonanie rzeczywiście powinna zmienić. Takie sprawdzanie może osłabić moją pewność, ale może również pozwolić mi ufać bardziej świadomie.

Będę tego potrzebował, kiedy przejdziemy do pochodzenia życia, porządku kosmosu i argumentów dotyczących Stwórcy. Wierzę, że świat został stworzony przez Boga. Właśnie dlatego zależy mi na uczciwym przedstawieniu racji, które przywołuję. Moja wiara oraz moja ocena konkretnego modelu naukowego czy argumentu filozoficznego mają różny status. Poprawienie słabego argumentu służy prawdzie, której szukam.

Przykłady z akademika i badań uczą określonego sposobu sprawdzania wniosków. Ich liczb nie przeniesiemy po prostu do pytania o powstanie życia lub istnienie Boga. Tam trzeba będzie osobno ustalić, jakie mamy dane, założenia i rodzaje uzasadnienia.

Gdybym teraz stanął przy swojej tablicy, napisałbym: „W tej sprawie jestem pewny, ponieważ…”. Przy wspomnieniu spotkania z księdzem Robertem potrafiłbym już dopisać, skąd wzięło się moje pierwsze zaufanie i co zmieniła rozmowa. Przy ocenie naszych racji musiałbym jeszcze zatrzymać kredę.

Chciałbym zostawić na tej tablicy także miejsce dla Ciebie. Dla spotkania, po którym wróciłeś rozczarowany, dla obawy, która wydaje się pewnością, albo dla przekonania, którego masz dobre powody bronić.

Co dopiszesz po swoim „ponieważ” — i jak sprawdzisz, czy ten powód rzeczywiście uzasadnia Twój wniosek?

Przypisy do rozdziału 3

  1. D. Kahneman, Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym, przeł. P. Szymczak, wyd. II elektroniczne, Media Rodzina, Poznań 2024, rozdz. 14 „Co studiuje Tomasz W.”, s. PDF 216–221, zwłaszcza 220–221. Oznaczenie „s. PDF” wskazuje kolejność stron w dostarczonym pliku elektronicznym.

    ↩
  2. Tamże, s. PDF 216–221. Akademik, Bartek i liczebności grup stanowią autorski przykład obliczeniowy, nie opis rzeczywistego badania.

    ↩
  3. Tamże, rozdz. 10 „Prawo małych liczb”, s. PDF 159–161. Porównanie dotyczy prób po cztery i siedem kulek; kulki wracają do urny przed następną próbą.

    ↩
  4. Tamże, s. PDF 162–164.

    ↩
  5. G. Gigerenzer, Reckoning with Risk: Learning to Live with Uncertainty, Penguin Books, 2003, wyd. elektroniczne, rozdz. 4 „Insight”, część „A Physician’s Thinking”, s. PDF 35–36. Zadanie dotyczy bezobjawowych kobiet w wieku 40–50 lat; nie jest opisem indywidualnej diagnozy.

    ↩
  6. Tamże, s. PDF 36. Zachowano zaokrąglone liczebności Gigerenzera: 8, 7, 992 i około 70; wynik 7/77 wynosi około 9%. Nie jest to dokładne przeliczenie niezaokrąglonych parametrów podanych na s. PDF 35.

    ↩
  7. Tamże, s. PDF 36, 38–39 oraz „Glossary”, hasło „Natural frequencies”, s. PDF 193.

    ↩
  8. Tamże, rozdz. 5 „Breast Cancer Screening”, część „Four Ways to Present the Risk”, akapity „Relative risk reduction” i „Absolute risk reduction”, tab. 5–1, s. PDF 48. Tabela dotyczy kobiet od 40. roku życia i dziesięcioletniej obserwacji; wartości przeliczono na 1000 i zaokrąglono.

    ↩
  9. J. N. Schupbach, Bayesianism and Scientific Reasoning, Cambridge University Press, Cambridge 2022, s. 1–2, 37–38. Autor odróżnia twierdzenie Bayesa od epistemologicznej reguły aktualizacji. Jej podstawowa postać zakłada poznanie określonej informacji z pewnością i bez równoczesnego uzyskania innych wiadomości. Przy tej książce podano paginację widoczną na stronach.

    ↩
  10. Tamże, § 2.2.1–2.2.2, s. 38–41. Nieprecyzyjność oceny oraz niepewność nowego świadectwa to odrębne zagadnienia.

    ↩
  11. Tamże, § 3.1 „Confirmation”, s. 69–70: rozróżnienie potwierdzenia przyrostowego i absolutnego.

    ↩

Projektowani · Część I

Zaznacz fragment tekstu — możesz dopisać do niego komentarz. Zaznaczenia i komentarze są przechowywane w tej przeglądarce. Do autora trafią dopiero po naciśnięciu przycisku.