Moja odpowiedźco do zaufania swoim myślom: to uważam, że sama świadomość tego co składa się na nasze wyrabianie swojego zdania, na proces myślowy, na automatyzmy, które nami rządząna tak ogromna wielość zmiennych, kóre mają na nas wpływ to po pierwsze może oczywiście spowodować, ze nie jednemu człowiekowi moga "opaść ręce". Ale Bóg na samym początku księgi rodzaju powiedział do nas, ludzi "czyńcie sobie zięmię poddaną", co ja rozumiem, w ten sposób, że mam czynić sobie siebie poddanym. Ja, z moją fizycznością, psychicznościa, ja jako cały ja, z moją sferą emocjonalną, kognitywną stanowi tą "ziemię" ktąrą każe Bóg "uprawiać", zarządzać. A więc pytanie już zdaje się być stawiane tylko co nielicznym, tzn. tym, którzy chca się przejąć słwoami "jakiegoś boga" o ile jest On w stanie stać się ich Bogiem, bo wtedy imperatyw "macie" powinniście, staje się niesłabnącą motywacją bez której nie sposób temu zadaniu sprostać, zadaniu poznawania samego siebie, swoich emocji, swoich myśli i na tej podstawienie szukania sposobu, aby tym zarządzać, nie poprzestać na samym tylko wiedzeniu/wiedzy, ale przekucie tego w działanie.
"ufać swojej myśli" - chyba tu nie chodzi o ufanie swojej myśli, ale bardziej o przyjęcie jej jako swojej, może jeszcze inaczej: pokochaniu tej myśli jako swojej, zaakceptowaniu jej i wtedy pokochaniu jej jako swojej. Myślę , że to może zmienić perspektywę podejścia do tej myśli. Bo jeśli "wpadnę na genialny pomysł", aby z nią walczyć, to z całą pewnością "ona"mnie pokona, bo nie sposób walczyć z sobą samym, bez tego wcześniejszego założenia: pokochania tej myśli, pokochania całego samego siebie. Z takim podejściem można zacząć drogę poznawania swoich myśli, a to dopiero otworzy pespektywę delikatnego, czasochłonnego wpływu na te myśli, ale nie może byc to na zasadzie oszukiwania samego siebie. Od samego początku musi być to jasne: robię to, bo siebie kocham i chce odpowiedzieć pozytywnie na "receptę", która otrzymałem od mojego stwórcy, kogoś, kto stwarzając mnie znam mnie jak nikt inny i wie co ejst dla mnie dobre. To tak jak architekt, kóry "wyprodukował" projekt domu. Zna go "od podszewki", wie co z nim jest i gdzie co jest, wie jak i co dziąła najlepiej. Jeśli komuś zlecić zmiany w tym projekcie domu, to tylko temu kto go wymyslił/napisał/narysował, bo ktoś inny nie wszystko poprawnie odczyta, popełni błędy itd. A więc idziemy do autora. Pytamy Go, a On nam mówi: możesz tym (emocjami, sferą kognitywną, ogólnie całym sobą) zarządzać. Jeśli nie mamy odpowiedniej motywacji dla nauki jakiegoś języka, powiedzmy angielskiego, to bardzo i to bardzo ciężko nam to będzie szło wyobrażając sobie w wieku kilkunastu lat, że uczę się głównie po to, że kiedys gdy wejdę w świat pracy z całą pewnością (tak mówią starsi ode mnie) mi się przyda język angielski. Inaczej będę się go uczył, jeśli np. wiem, że osoba, kóra pokochałem i chcę ją poznać mówi tylko w tym języku, a mam jej tak wiele do powiedzenia.
wracając do poznania samego siebie: jeśli już wiem, ze to mogę robić i uznaję autorytet tego, który to powiedział to o wiele łatwiej mi się za to zabrać, zapał mi nie gaśnie lub powiedzmy inaczej, jest podtrzymywany przez coś o wiele mocniejszego: wiarę, mój światopogląd, tam gdzie również są zogniskowane moje uczucia, bynajmniej jakaś ich część. Jeśli to wszystko wypływa z samej tylko wiedzy, nie podpartej emocjami, to szybko obumrze.
pokorą jest stan, w którym uznajesz większość od siebie tego, którego dla potrzeby tehgo wywodu nazwałem Architektem/twoim Projektantem, bo to przecież od Niego pochodzi ta pierwsza myśl: ja mogę coś w sobie zmieniać. Jeśli na tym poprzestaniesz, to też pobłądzisz. Bo dalej pojawia się kolejna wytyczna: tak, możesz, ale najpierw miej pozytywne podejście do własnej osoby, ze słowa "pozytywne podejście" musisz/możesz/będziesz ewoluował ku słowu pokochać samego siebie, w tym również swoje myśli. Gdy będziesz na tym etapie, potem pojawią się kolejne instrukcje, tak ot, pojawią się, od Twojego Projektanta.
To jest moja recepta.