Omówienie źródła
To był balsam dla mojej duszy, pokarm dla mojej wiary i ochłoda po upalnym dniu, pełnym spiekoty i żaru z nieba, choć chyba bardziej z piekła rodem są te uciązliwości, których tak wiele zauważam wśród dzisiejszych teologów, naukowców, szkolnictwa, politów i nie wiedzieć gdzie jeszcze.
Jak ten człowiek potrafi pięknie żaglować słowami, wyrażać , opisywac to co tak czasem ciężko przychodzi powiedzieć, to on to robi zaledwie w kilka słów. Co prawda to jest tylko tłumaczenie z angielskiego i do tego z 1942 roku, ale jego myśl i precyzję zdań da się wyczuć. Czytałem ta książkę juz po raz kolejny, w sumie pchnięty do jej przeczytania przez Johna Lennoxa, bo to on często go cytuje w swoich wypowiedziach i , co prawda mówi o swoim mentorze Goodingu, ale da się wyczuć, że Lewisa uznaje za hipermentora, któremu on sam nawet nie jest w stanie dorównać. Dlaczego? Bo znalazłem w tekście porównanie do nożyczek, które Lewis stosuje gdy wypowiada się o symbiozie wiary i uczynków, natomiast Lennoxowe wspomnienie spotkania sióstr zakonnych podczas pewnej jego podróży uznaję za słabe wyjaśnienie jego stanowiska obstawania przy wyższości wiary nad uczynkami, co oczywiście tłumaczy się nie tyle jego przynależnościa do kościoła protestanckiego ile – na tyle co go (Lennoxa) poznałem – natyralnej niechęci hmmm, jak to powiedzieć „zabrudzania swojego gniazda”. Bo przecież Lennox ma rodzinę, żone , dzieci, gdyby on sam zechciał się głębiej zastanowić nas ewentualną prawdziwości nożyczkowej alegorii, to oni wszyscy lub znaczna ich część powinna byłaby prejść na … np. katolicyzm, gdzie powiedzenie o nozyczkach jest „zdaniem w punkt”.
Ogólnie mówiąc rozdziały sa bardzo krótkie, co daje wrażenia przemierzania przez książkę z Lewisem bardzo szybko, ale przez to trzeba byc czujnym, bo jego czasem frywolne wstawki nie sa bez potrzeby, one prowadzą do celu: zrozumienia jego stanowiska, za kórym w zdecydowanej większości się opowiadam. Po prostu nie sposób tu przytaczać przykładów, bo jest ich tak wiele. Osobiście postanowiłem sobie wracać do tej książki co jakiś czas, nawet określiłem sobie co ile: raz w roku, bo może stanowić dla mnie takie ponowne wylanie fundamentów dla mojego sposoby postrzegania rzeczywistości nie tyle kościelnej, ale międzyludzkiej. Dziękuję ci bardzo, C.S. Lewis.
A tak nawiasem mówiąc, to ciekaw jestem czemu on z taka nonszalancja podchodzil do sprawy głoszenia słowa, może inaczej, do przekazywania prawdy innym ludziom. We wspomnieniach Lennoxa jest on przedstawiony – znowu moje zdanie – jak taki „prostak” nie dbających o innych, kiedy to wchodzi do sali pełnej ciekawych jego wykładu słuchaczów i od samego otwarcia, aż po zamkniecie drzwi nieustannie mówi/głosi słowo madrości, prawdy. Nie daje tym samym sposobności na zadawanie pytań. Czemu tak robi? Jakie za tym sie kryły przekonania, odkryte prawdy? Czyżby takie, że głoszone słowo nie ma takiej wartości jak to zapisane, kóre można odtworzyć nawet po jego śmierci?